Jan Dąbrowski

 

Jan Dąbrowski  
Jan Dąbrowski

O laserze w "Zawodówce", czyli jak chciałem zostać pisarzem

Paradoksalny tytuł - co może mieć wspólnego laser z literaturą? A jednak.

Aby to wyjaśnić, muszę cofnąć się do czasów szkolnych. Ostródzką jedenastolatkę ukończyłem w roku 1960. Podczas ostatnich czterech lat przerabialiśmy program Liceum Ogólnokształcącego. Interesowały mnie takie przedmioty jak matematyka, fizyka, astronomia i chemia, ale także język polski oraz języki obce - rosyjski, a w szczególności angielski. Bardzo lubiłem czytać; pochłaniałem kolejne książki z zawrotną szybkością, już wtedy z konieczności opanowałem technikę szybkiego czytania. Rodzice moi mieli niezbyt wielkie gospodarstwo rolne przy ulicy Jaracza.

Po zbiorach zbóż musiałem wypasać krowy na ścierniskach, gdyż łąk mieliśmy niewiele. Zawsze w trakcie takich zajęć czytałem jakąś książkę, lub rozwiązywałem w myślach zadania matematyczne. To myślenie na świeżym powietrzu w sposób widoczny wpłynęło na rozwój umiejętności koncentracji i zapamiętywania. Stale jednak byłem zamyślony. Denerwowało to mojego ojca, który zarzucał mi, że za mało się skupiałem na tym, co aktualnie robiłem w gospodarstwie.

Języka polskiego uczyła nas Maria Gilewska, wychowawczyni mojej klasy. Zachęcała nas do samodzielnego analizowania utworów literackich. Nie wszyscy sobie z tym radzili, a w stosunku do słabeuszy "Psorka" bywała uszczypliwa, niekiedy  złośliwa, mimo że nie zawsze miewała rację. Nie wszyscy ją lubili, jednak większość uczniów wspomina Panią Profesor bardzo dobrze, ponieważ, ze względu na jej temperament, lekcje łączyły się z przeżywaniem miłych lub przykrych, ale zawsze wyrazistych doznań intelektualnych i emocjonalnych, tym bardziej, że nawet o pomnikowych wieszczach polskiej literatury Pani Maria wyrażała się dosadnie. Wyrobiło to we mnie krytycyzm, który na szczęście zachowałem do tej pory.

Przez pewien czas nie wiedziałem, czym mógłbym zajmować się w przyszłości, jednak wydarzyło się coś, co zadecydowało o moich dalszych losach. W kwietniu 1958 roku przystąpiłem do Wojewódzkich Zawodów Matematycznych uczniów klas IX (II klas liceum) i zająłem w nich pierwsze miejsce. Byłem bodajże pierwszym w historii szkoły laureatem tej "wojewódzkiej olimpiady" przedmiotowej. Sprawiłem ogromną radość nauczycielce matematyki, Zofii Jarząbkowskiej. Odbył się nawet uroczysty apel na szkolnym korytarzu.

Organizatorzy zawodów wręczyli mi jako nagrodę aparat fotograficzny "Smiena" i książkę "Nauka w dziejach" Johna Desmonda Bernala, znanego angielskiego fizyka i historyka nauki, przewodniczącego Prezydium Światowej Rady Pokoju. Jako maniak czytający wszystko, co mi w ręce wpadło, chodząc za krowami przejrzałem dokładnie także tę 900 stronicową księgę. I mimo, że nie wszystko z niej zrozumiałem, zacząłem śnić i marzyć o karierze naukowca. Wraz z Bogdanem Wnukiem i Benonem Czechowskim brałem udział w kolejnych olimpiadach z matematyki i fizyki. Docieraliśmy aż do etapu warszawskiego. Z tej okazji mogliśmy obejrzeć w Teatrze Dramatycznym wspaniały popis aktorski Jana Świderskiego w "Romulusie Wielkim" F. Durrenmatta. Siedzieliśmy na galerii blisko sceny. Przeżycie było tak wielkie, że do tej pory pamiętam charakterystyczne zawieszenia głosu wielkiego maga teatru, jego mimikę, a także, nie wiedzieć czemu, głowę uwieńczoną złotymi liśćmi laurowymi. To za przyczyną wielkiego aktora zacząłem myśleć o Warszawie jako przyszłym miejscu studiów.

Mimo pewnych sukcesów w nauce nie byłem kujonem, nie miałem czasu nim być. Na gospodarstwie rodziców pracowałem około dwóch, trzech godzin dziennie, a podczas wakacji, przy spiętrzeniu prac polowych, nieraz przez całe dnie. Niekiedy, szczególnie podczas żniw, praca była tak ciężka, że tęskniłem za zajęciami w szkole. Dwa razy wyjechałem na wycieczkę szkolną, a raz na obóz harcerski nad jeziorem Nidzkim. W wolnym czasie uprawialiśmy na Jaracza wszelkie możliwe sporty - graliśmy w palanta (któż o tym sporcie pamięta), w siatkówkę, a najczęściej w piłkę nożną. W lecie ścigaliśmy się wpław w jeziorze Jakuba, zimą jeździliśmy na nartach i rozgrywaliśmy zacięte mecze w hokeja. Na mojej ulicy chłopcy stroniący od sportu byli uważani za mięczaków. Dochodziło do rywalizacji między chłopakami z górnej Jaracza, którymi "dowodził" Radek Urbalewicz - pseudonim"Urbal" i tych z dolnej, na czele których stał starszy z braci Rynkiewiczów zwany "Ralfem". Te przezwiska były bardzo zabawne i dziwaczne; na młodszego z Rynkiewiczów wołano "Furdyga", a na Tondryka "Diabał Józef". Mnie zwano "Dąber".

Z naszej paczki wyszło kilku niezłych sportowców - mój rówieśnik Maniek Puchalski grał jako bramkarz w drugoligowej Koronie Kielce, Andrzej Kotlicki osiągał sukcesy w podnoszeniu ciężarów. Byłoby tych sukcesów dużo więcej, gdybyśmy mogli uprawiać jakąś dyscyplinę sportową przez okrągły rok w odpowiednich warunkach.
Matura w roku 1960 okazała się prawdziwym " pogromem". Przyjechał wojewódzki kurator oświaty,Franciszek Sikora, i niektórzy nauczyciele zachowywali się bardzo nerwowo. Udzieliło się to uczniom i wyniki były dużo gorsze od spodziewanych. Część moich kolegów i koleżanek musiało ją powtórzyć za rok.

Jesienią rozjechaliśmy się na studia. Jurek Muchlado i Andrzej Rymont wybrali medycynę w Gdańsku, Maciek Kamiński i Tadeusz Bałtruszewicz dostali się na prawo w Toruniu, Baśka Ankiewicz i Ziutek Sokołowski zdecydowali się na studia z wychowania fizycznego, Zbyszek Korejwo wylądował na rusycystyce w dalekim Opolu, Wiesiek Kiełczewski studiował polonistykę, kilka dziewcząt - Bożena Sabiniarz, Emilka Szewczuk, Regina Piotrowska, Grażyna  Mironiuk - postanowiło przygotować się na różnych kierunkach do zawodu nauczycielskiego. Część z moich koleżanek - Zośka Moryc, Wanda Ławrecka, Iza Daszczuk, Wera Czubieniak, Danka Michałowska, Baśka Ramotowska wybrała inne studia lub poszła do pracy.

Bogdan Wnuk i ja wybraliśmy fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Zamieszkaliśmy razem w akademiku na Muranowie. Benek Czechowski też pojawił się w stolicy, ale na Politechnice. Na pierwszych dwóch latach bardzo solidnie przykładałem się do zajęć na najtrudniejszym kierunku uniwersyteckim; szczególnie wysokie noty otrzymywałem z analizy matematycznej u Krzysztofa Maurin'a.

 

Jan Dąbrowski  
Wycieczka do Berlina

Z upływem czasu czułem się coraz bardziej rozczarowany - brakowało mi literatury i przedmiotów humanistycznych. Frustracja stała się tak wielka, że na piątym semestrze w ogóle nie pojawiałem się na wykładach, czasami tylko bywałem na ćwiczeniach rachunkowych i eksperymentalnych. Cały czas przeznaczałem na studiowanie światowej literatury oraz na chodzenie do teatru i opery. Teatr warszawski był wówczas potęgą. Modnym pozostawał ciągle Durrenmatt i jego "Wizyta starszej pani", tiumfy święcił Sławomir Mrożek z "Indykiem" i "Tangiem". Pamiętam wspaniałą rolę Tadeusza Łomnickiego w "Karierze Artura Ui" Bertolda Brechta i Holoubka w roli Hamleta. Jerzy Waldorff zorganizował specjalnie dla studentów cykl "Opera Viva" - od "Ifigenii na Taurydzie" Christopha Glucka, przez "Halkę" Moniuszki, "Aidę" Werdiego i wiele innych oper, po balet "Święto Wiosny" Igora Strawińskiego. Wszystko to musiałem obejrzeć.

Semestr ten jednak zaliczyłem z piątką z filozofii u profesora Krajewskiego i z poprawką z mechaniki kwantowej. Profesor Birula Białynicki nie chciał za pierwszym razem postawić oceny pozytywnej, gdyż, jak twierdził, nigdy mnie wcześniej nie widział. Ostatecznie zdałem ten trudny przedmiot na trójkę z plusem. Zaliczenie semestru uznałem za sukces; nabrałem przekonania, że nawet nie chodząc na zajęcia, fizykę jakoś ukończę.

Dużo czasu spędzałem w pustej czytelni Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej przy ulicy Foksal. Nie niepokojony przez nikogo pisałem opowiadania. Dużo czasu spędzałem na dyskusjach z pisarką Ewą Nowacką - wówczas redaktorką audycji dla młodzieży w Polskim Radiu, obecnie piszącą recenzje w "Nowych Książkach". Poznałem Melchiora Wańkowicza i kilku innych literatów. Podczas spotkań kawiarnianych nowi znajomi brali mnie za studenta polonistyki.

Stało się oczywiste, że szósty semestr musiałem zawalić. Otrzymałem urlop dziekański i przyjechałem do rodziców, do Ostródy. W pokoiku na piętrze pisałem wiersze, natchnienia szukając w malowniczym widoku na jezioro Jakuba. W końcu dotarło do mnie, że sprawiłem wielki zawód rodzicom. Wyjaśnili mi, ile wysiłku kosztowała ich pomoc dla mnie. Zrobiło mi się wstyd i postanowiłem studia ukończyć. Poza tym ciężka praca na gospodarstwie ustawiła prawidłowo mój sposób widzenia świata. Tych kilka hektarów okazało się czymś w rodzaju resocjalizacyjnego obozu fizycznej pracy dla mdłego na duchu inteligenta. Ochoczo wróciłem na szósty semestr do Warszawy.
Od pół roku studiowała tam matematykę moja sympatia i późniejsza żona Maria Chylińska. Poznaliśmy się w Ostródzie, na prywatce sylwestrowej w domu rodzeństwa Marii i Andrzeja Owczarków.

I chociaż musiałem nadrabiać braki z fizyki, to znaleźliśmy czas na romantyczne spacery po Starówce i Powiślu. Na Wielkanoc 1966 roku pobraliśmy się. Ślub cywilny i kościelny zawarliśmy w Malborku. Tam też, w domu teściów, odbyło się huczne wesele. Wróciłem do Warszawy, aby dokończyć badania na akceleratorze liniowym do pracy magisterskiej z fizyki jądrowej. Żona zrezygnowała ze studiów i podjęła pracę na poczcie w Malborku. Podróż poślubną odbyliśmy latem na żaglówce. Jako "majtek" popłynął z nami mój kilkunastoletni siostrzeniec, Jan Klich. Przez jezioro Drwęckie i kanał dotarliśmy do Miłomłyna i na jezioro Ruda Woda, gdzie dołączyliśmy do grupy wędkarzy - mojego starszego brata Tadeusza z żoną Teresą i Leszka Szatkowskiego z Warszawy i jego żony Marii. Dla naszego "majtka" znalazło się miejsce na lądzie.

Ryby jedliśmy trzy razy dziennie, co pozwoliło nam przetrwać dwa tygodnie bez wydawania pieniędzy, których mieliśmy bardzo niewiele. Spaliśmy w łodzi, przykrywając się kołdrą w białej poszwie z pięknymi koronkami (to był prezent ślubny); pod gołym niebem, bo nie zabraliśmy plandeki. Niebo było łaskawe, deszcz padał tylko raz.
Po pięknych wakacjach rozpocząłem pracę w Zespole Szkół Zawodowych, jeszcze bez tytułu magistra. Wybór tej szkoły, jak się później okazało, był bardzo szczęśliwy.
Zamieszkaliśmy w domu rodziców; w lipcu następnego roku urodził się pierwszy syn, Paweł. W międzyczasie musiałem zdać zaległe egzaminy i obronić pracę magisterską. Została oceniona na czwórkę, co było dużym sukcesem, zważywszy żmudne badania eksperymentalne i bardzo trudną teoretyczną interpretację wyników. Nie do końca uzupełnione braki z wiedzy teoretycznej spowodowały, że z końcowego egzaminu otrzymałem trójkę.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dojeżdżając do Warszawy w celu uzupełnienia studiów, odwiedzałem na Hożej laboratorium optyki kwantowej, w którym konstruował lasery przyjaciel z akademika, Jurek Krasiński. Byłem też częstym gościem Centralnego Laboratorium Optyki przy Polskich Zakładach Optycznych, bo tam zajmował się holografią inny mój druh, Romek Pawluczyk. Całe popołudnia spędzaliśmy we trójkę w kawiarni "U Kuleja" na Starówce, dyskutując, czym jest światło i jak można "dyrygować" wiązkami fotonów. Nawet burzliwe wypadki z marca 1968 roku nie odciągnęły nas od tych rozważań. Chciałem zrehabilitować się jako fizyk i napisać bardzo dobrą pracę doktorską. Postanowiłem więc skonstruować i wykonać przy współpracy z uczniami pracownię holograficzną w Ostródzie. Urządzenia do niej można było wykonać tylko w "Zawodówce", posiadającej bardzo dobre warsztaty.

Sądzę, że lata siedemdziesiąte były najlepszym okresem w historii tej szkoły, bynajmniej nie z powodu moich prawdziwych lub wyimaginowanych osiągnięć, ale za przyczyną panującej tam atmosfery. "Pod wodzą" najpierw Aleksandra Siniakiewicza, a potem Henryka Moraczewskiego pracowała grupa młodych i bardzo ambitnych nauczycieli. Była taka moda, żeby urządzać tzw. gabinety przedmiotowe. Mietek Bielski, piszący wówczas pracę doktorską o kulturze szlachty polskiej, późniejszy kurator oświaty w Toruniu, urządził piękny gabinet historyczny, Kazimierz Zawadzki, Zyzio Demski i Waldek Majewski gabinety przedmiotów zawodowych, Mietek Bartczak -rysunku itd. Polskiego uczyły seniorka Michalina Zaleska i młoda, tryskająca humorem Truda Kargińska, matematyki Anna Wadas, z którą namiętnie dyskutowałem o przestrzeniach Banacha. Zajęcia z w-fu prowadzili Włodek Rojek i legendarny z powodu niezwykłego dynamizmu i poczucia humoru, nieżyjący już Jurek Misztal, przedmiotów zawodowych uczyli także inżynierowie z ostródzkich zakładów pracy. Do nowo utworzonego Technikum i Liceum Zawodowego przyszła naprawdę uzdolniona i chcąca się uczyć młodzież. Wielu uczniów ukończyło później uczelnie techniczne i wojskowe. Spektakularną karierę zrobił Ryszard Kucik, który po Szkole Morskiej bardzo szybko został kapitanem żeglugi wielkiej. Ela (z domu Pruchniewska) i Jurek Radziwon prowadzą z sukcesami działalność gospodarczą; Jurek jest od wielu lat trenerem piłkarskim, na tyle skutecznym, że syn Tomasz grał w pierwszoligowym Stomilu. Major Wiesiek Ługiewicz jest komendantem Wojskowej Komendy Uzupełnień. Zawsze powtarza, że w Technikum wspaniale opanował rysunek techniczny; na uczelni był w tej dziedzinie prymusem. W takiej szkole chciało się coś robić.

Praca pracą, ale trzeba było gdzieś mieszkać. W sezonie letnim 1969 roku urządziliśmy sobie mieszkanie na piętrze domu rodziców, przebudowaliśmy duży strych. Murarzem, malarzem i tynkarzem był kolega mojego siostrzeńca Jana Klicha, uczeń Technikum Budowlanego w Olsztynie, Zygmunt Tkaczyk, ja zaś wcieliłem się w rolę pomocnika owego murarza; żona pomagała przy uprzątaniu gruzów i różnych szpargałów zawalających strych. Praca była tak wyczerpująca, że dla wzmocnienia naszej dzielnej brygady przynosiłem codziennie po południu wiadro piwa. Piliśmy je we dwóch z Zygmuntem przed wieczorem, aby móc ciągnąć robotę do późnych godzin nocnych. Jesienią trzy -pokojowe mieszkanie ze sporą kuchnią i łazienką było gotowe; na czas, gdyż pod koniec października urodził się drugi syn, Wojciech. Trzeci syn, Bartosz, przyszedł na świat we wrześniu 1973 roku.

Przymiarki do skonstruowania lasera helowo-neonowego trwały dość długo - chodziło o niewielkie pieniądze. Cały laser złożyliśmy w całość w grudniu 1973 roku. Wcześniej, pod nadzorem kierownika Czesława Dziawgo i nauczycieli zawodu uczniowie wykonali w warsztatach szkolnych dwie konstrukcje nośne i dwa rezonatory laserowe, bardzo precyzyjne urządzenia do formowania wiązki światła laserowego. W zamian za jedną konstrukcję nośną i jeden rezonator otrzymaliśmy z Uniwersytetu Warszawskiego rurę laserową i zasilacz. Korzystając ze wskazówek Romka Pawluczyka z warszawskiego CLO w warsztatach wykonaliśmy wszystkie elementy zestawu do wykonywania i prezentowania hologramów. Cała pracownia była gotowa pod koniec sierpnia 1974 roku. Na wszystko wydaliśmy 16 tysięcy złotych, wówczas równowartość czterech pensji nauczycielskich, gdy wartość rynkowa samego lasera wynosiła 60 tys. zł.

Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszy laser rubinowy  został zbudowany przez Teodora Maimana w USA w 1960r i że hologramy wykonywane techniką laserową były w tamtych czasach rzadkością, pojawienie się takiej pracowni w szkole średniej wywołało sensację - trafiliśmy na łamy gazet, do radia i telewizji. Ale nie o sensację przecież chodziło. Byłoby prawdopodobnie lepiej, gdyby aparatura ta trafiła na jakąś uczelnię; zostałaby lepiej wykorzystana, gdyż można było wykonywać na niej badania naukowe i dydaktyczne, przygotowywać prace magisterskie itd. Ale nawet w szkole średniej spełniła swoje zadanie - przeprowadziliśmy cały szereg ciekawych eksperymentów, wykonaliśmy hologramy służące do nauczania fizyki i przedmiotów zawodowych, opracowałem projekt nauczania optyki z wykorzystaniem lasera, który później wykorzystałem w pracy doktorskiej, nauczyciel fizyki, który zastąpił mnie po wyjeździe do Iraku, wykorzystał laser w przygotowaniu pracy magisterskiej, stosowali go na lekcjach fizyki inni nauczyciele; ukazywały się nie tylko moje artykuły w "Fizyce w szkole" , w "Delcie" i w innych periodykach.

Anna Rutkowska, absolwentka i obecna dyrektor szkoły, napisała w biuletynie wydanym na pięćdziesięciolecie ZSZ, że laser nic istotnego nie wniósł w rozwój tej instytucji. Niepoważne stwierdzenie. Ale co tam laser, który kosztował tyle, ile kosztował; na skutek nieprzemyślanych eksperymentów w szkolnictwie zawodowym zniszczono warsztaty szkolne, które wystarczyło trochę unowocześnić, aby nauczać w nich nowych technologii przemysłowych, tak jak Duńczycy krok po kroku modernizują swoje szkoły zawodowe, najlepsze w Europie. Obecna szkoła, jak wiele innych "zawodówek" w Polsce, nie przygotowuje zadowalająco absolwentów ani do pracy, ani do studiów na uczelniach technicznych. Niedługo nie będziemy mieli inteligencji technicznej. Szkolnictwo zawodowe trzeba będzie w naszym kraju szybko odtworzyć, część szkół zawodowych ponownie przyciąga młodzież pragnącą pracować za granicą czekającą na fachowców z Polski. W kraju również brakuje kandydatów do pracy w nowoczesnym przemyśle. Wierzę, że kiedyś moje publikacje o laserach i holografii znowu się przydadzą.

Pod koniec 1974 roku otrzymałem ofertę pracy z Instytutu Kształcenia Zawodowego w Warszawie, a zaraz potem z uniwersytetu w Mosulu, w Iraku.
Do Bagdadu poleciałem samolotem w lutym 1975 roku. Podczas przesiadki do samolotu lecącego do Mosulu poznałem wykształconego w Stanach Zjednoczonych Palestyńczyka, doktora elektroniki, mojego nowego przyjaciela na długie lata. Szefem Zakładu Fizyki był Shakir Mahmud  Mustafa z doktoratem z USA, a bezpośrednim przełożonym Pakistańczyk, dr  Malik Muhammad Yusif. Prowadziłem wykłady z analizy matematycznej oraz zajęcia w laboratorium optyki. Ze względu na dobrą znajomość angielskiego do pracy przystąpiłem natychmiast. Po dwóch miesiącach zacząłem myśleć w tym języku. W dzielnicy Zouhur wynajmowałem willę z ogrodem od nauczyciela matematyki Mahmuda Malali, wielbiciela polskich kobiet.

Mimo toczącej się w pobliskich górach Kurdystanu krwawej wojny domowej - wojska rządowe walczyły z kurdyjskimi partyzantami Mustafy Barzaniego - Irak wydawał mi się krajem ludzi pogodnych i szczęśliwych. Naukowcy i w ogóle ludzie z dyplomami uniwersyteckimi cieszyli się dużym prestiżem. Moi iraccy koledzy z uniwersytetu otrzymywali talony na samochody i działki budowlane; rząd iracki zachęcał w ten sposób wykształconych za granicą młodych ludzi do powrotu do kraju.
Prezydentem był Ahmed Hassan Al Bakr, wuj późniejszego krwawego dyktatora Saddama Husajna, wówczas wiceprezydenta i szefa bezpieki. Wszechwładną pozostawała partia Baas - Socjalistyczna Partia Odrodzenia Arabskiego, założona w 1954 roku w Syrii, a od 1968 roku rządząca Irakiem. Miała zjednoczyć większość krajów arabskich, których, według ówczesnej, żywej dotąd propagandy, największymi wrogami były Stany Zjednoczone oraz Izrael.

 

Jan Dąbrowski  
Zakończenie roku akademickiego w Iraku

Na uniwersytecie studiowało około stu dwudziestu Palestyńczyków. Wielu z nich było gotowych walczyć zbrojnie przeciwko Żydom. Szczególny ferment wywołał wybuch w kwietniu wojny domowej w Libanie. Bojowników palestyńskich atakowało z jednej strony lotnictwo izraelskie, a z drugiej strony libańska milicja chrześcijańska. Kilku moich studentów zrezygnowało ze studiów i pojechało walczyć. Były to lata narodzin totalnego terroryzmu - w Europie operowały Czerwone Brygady i grupa Baader Meinhoff; zaś Palestyńczycy porwali po raz pierwszy autobus z żydowskimi dziećmi. Złamane zostały moralne ograniczenia dotyczące atakowania ludności cywilnej.
Do Palestyńczyków wrogo odnosili się studenci kurdyjscy - Patrz - mówili do mnie - rząd Iraku im pomaga, a nas, gdy chcemy autonomii, niszczy. Stałem się, chcąc nie chcąc, świadkiem ostrych narodowościowych sporów. Niewiele brakowało, abym jesienią znalazł się w samym ognisku terrorystycznych działań.
Wakacje spędziłem w Ostródzie. Minęło łagodne polskie lato i trzeba było wracać do arabskiego kraju. We wrześniu całą piątką znaleźliśmy się w Bagdadzie. Panował ponad czterdziestostopniowy upał. Uderzał w twarz, w całe ciało, wdzierał się w płuca. Dla mnie nie był zaskoczeniem, ale żona przeraziła się trochę. Potem, już w Mosulu, przez dwa miesiące prawie nic nie jadła; piła natomiast dużo wody. Efekt był bardzo korzystny, odzyskała figurę z początków naszego małżeństwa.
Mohammad Maqusi, któremu odstąpiłem piętro willi, zaproponował mi pod koniec września podróż samolotem do Bagdadu. Miałem do załatwienia jakieś sprawy w Biurze Radcy Handlowego, on miał odebrać z lotniska  Hiyam, poślubioną podczas wakacji. Wcześniej trafił mi się jednak darmowy kurs samochodem z inżynierami z Elektrimu. Mohammad wsiadł do samolotu w towarzystwie palestyńskiego studenta, Sidi Musy. Już następnego dnia po mieście rozniosła się wieść, że samolot został porwany i wylądował na lotnisku w Teheranie.

 

Jan Dąbrowski  
Po powrocie z Iraku

Hiyam dotarła do nas po dwóch dniach samodzielnie. Okazała się być bardzo miłą i spokojną dziewczyną. Martwiła się o męża, ale nie popadała w panikę. Rannego Mohammada przewieziono do szpitala w Bagdadzie, a potem, po trzech tygodniach, do domu. Nie wiadomo dlaczego, stał się on niemal bohaterem we wspólnocie palestyńskiej. Samolot porwała trójka młodych Kurdów, dwóch chłopaków i dziewczyna. Ktoś z obsługi lotniska przemycił na pokład trzy automaty Kałasznikowa. Lot, jak opowiadał nasz bohater, przebiegał w dużym napięciu; podekscytowani porywacze bardzo ostro i brutalnie reagowali na nieskoordynowane odruchy spanikowanych pasażerów. Samolot jednak wylądował w Teheranie. I wtedy rozpętało się piekło - obecni pośród pasażerów agenci irackiej bezpieki zaczęli strzelać. Kurdowie odpowiedzieli ogniem. Zginęły cztery kobiety, które, być może z powodu tuszy, nie zdążyły się wcisnąć nisko między fotele, zginęli też porywacze. Mohammada trafiła w plecy odbita rykoszetem kula i złamała mu dwa żebra. Wypadki zmieniły Mohammada; całkowicie odciął się od studentów popierających terroryzm - Chcę mieć normalne życie - mówił - Na studiach miałem kilku profesorów, Żydów. Nie mam nic przeciwko temu narodowi i chcę być jak najdalej od wojny i terroru.

Był to pracowity rok. Ja pisałem doktorat, a Mohammad kolejne publikacje. Podczas międzynarodowych spotkań w ogrodzie z rodzinami wykładowców z różnych krajów, na zakupach i wszędzie poza domem wszyscy rozmawialiśmy po angielsku; tak więc żona i synowie nauczyli się tego języka, nawet dwuletni Bartek. Poznaliśmy miejscową kuchnię, a także ostro przyprawione potrawy z Indii, Pakistanu i Bangladeszu, a w szczególności dania palestyńskie - Hiyam bardzo często serwowała danie z ryżu, warzyw i mięsa zwane "makluba".

Podczas weekendów - w czwartki po południu i w piątki zwiedzaliśmy kraj - z profesorem Krzysztofem Grabowskim z Politechniki Gdańskiej i jego żoną Krystyną oraz z Teresą i Wiesławem Cieślak robiliśmy wypady w dzikie góry Kurdystanu. Odwiedzaliśmy miejsca wykopalisk archeologicznych. Na miejscu "mieliśmy" odkopane ruiny pałacu króla Assurbanipala i zrekonstruowane bramy Niniwy; jedną z nich - bramę Adada, boga burz, deszczu i urodzaju widziałem codziennie z okna pokoju na uniwersytecie. W Aszur, pierwszej stolicy imperium asyryjskiego spotkaliśmy grupę polskich archeologów pracujących tam na kontraktach UNESCO. Jeden z nich, Mełużyński , zginął podczas wakacji w okolicach Palmiry. Najbardziej podobało nam się stosunkowo dobrze zachowane miasto Partów , Hatra, wielokrotnie oblegane, ale nigdy nie zdobyte przez Rzymian.

IMG03183092823A.bmp prawy dolny róg
Wojtek z przodu, Paweł z tyłu  zbierają owe maki

Czerwone maki Hatry

Ten tłum bogów i bożków:
Potężny Nergal - pan wielkich przestrzeni
Sfery podziemne mający w swej pieczy
I Szamasz z Babilonu w słonecznej koronie
I cała plejada tych z Olimpu -
Apollo, Eros, Hermes i inni,
Do tego trzy piękności arabskie -
Al - Lat, Uza i ta trzecia - Manat,
Ten tłum witający karawany z zachodu i wschodu,
Słuchający modlitw wędrowców z północy i południa
Stoi teraz martwy i okaleczony ciosami czasu i zapomnienia
I tylko maki oddają mu pogańską cześć swą czerwienią.

W międzyczasie docent Mieczysław Sawicki, redaktor naczelny "Fizyki w Szkole" i późniejszy recenzent mojej rozprawy doktorskiej podesłał mi wiadomość o znalezieniu dla mnie promotora. Trzeba było wracać do Polski. Także Mohammad opuścił Irak. Wraz z Hiyam i urodzoną w Mosulu córeczką wyjechał do stolicy Jordanii, Ammanu. Przez kilka lat pracował jako dziekan, a później jako zastępca rektora. Ostatecznie osiedlił się wraz z rodziną w El Paso, w USA. Jest profesorem. Wielu Palestyńczyków błąka się po świecie, nie wiedząc, gdzie ich dom. Życie w Autonomii Palestyńskiej nie jest ani łatwe, ani bezpieczne. Po powrocie otrzymałem pracę wraz z dwupokojowym mieszkaniem na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie. Moja żona została zatrudniona w administracji uczelnianej. Były to świetne lata.

Nauczyciele dostali wówczas znaczne podwyżki, co spowodowało napływ utalentowanej młodzieży na WSP. Praca z tymi studentami dawała ogromną satysfakcję. Prowadziłem wykłady i ćwiczenia z fizyki ogólnej na pierwszym roku studiów i z dydaktyki fizyki, bodajże na czwartym roku. Zakupiłem zestaw do holografii i kontynuowałem projektowanie nowych eksperymentów. Przewód doktorski otworzyłem na Uniwersytecie Łódzkim u profesora Bazylego Bończaka, prorektora. Jako doktorant "z zewnątrz" musiałem wykazać się dużym dorobkiem naukowym; umieszczałem więc publikacje w "Fizyce w szkole" oraz w "Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Łódzkiego". Szalę na moją korzyść przeważył artykuł w "Physics Education", prestiżowym piśmie wydawanym w Wielkiej Brytanii i rozsyłanym na uniwersytety całego świata. Zaproponowałem zupełnie nową w dydaktyce metodę tworzenia obrazów optycznych  z wykorzystaniem hologramów i techniki kształtowania czoła fali świetlnej. Współautorem był mój promotor.

Wiosną 1979 roku pojawiły się na polskich uczelniach oferty pracy z Algierii. Jak na potrzeby pięcioosobowej rodziny mieliśmy za małe mieszkanie. Stłoczeni w jednym pokoju synowie ciągle się tarmosili. Ja, z braku miejsca, przygotowywałem wykłady i publikacje w pustych wieczorami pokojach biurowych i w pracowni, często do późnych godzin nocnych. Poprosiłem o zgodę na wyjazd rektora, profesora Juliusza Popowicza. Zgodził się. Zostałem wezwany na rozmowy z Algierczykami. Miały być prowadzone w języku francuskim. Przez miesiąc nauczyłem się jak aktor krótkich wypowiedzi o sobie i o swojej pracy. Pomogła mi w tym pani Sajur, lektorka. Pochwaliła mnie mówiąc, że wchłaniałem nowy język, jak gąbka wodę. W biurze Polservice'u w Warszawie wyrecytowałem swoje. Algierczycy uśmiechali się słysząc moją wymowę, ale z treści wypowiedzi byli zadowoleni. Dali mi pół roku na doskonalenie języka i zaprosili do swojego kraju, do Tlemsen.

W domu przyjęliśmy to zaproszenie z radością. Otworzyły się nowe perspektywy. To były szalone miesiące. Musiałem nauczyć się języka francuskiego w tempie ekspresowym, zdać egzamin z filozofii w Łodzi i obronić tam doktorat. Nikt mnie nie zwolnił z zajęć ze studentami. Pracowałem po kilkanaście godzin dziennie, robiąc co dwie godziny przerwy na intensywne bieganie - dla dotlenienia mózgu. W efekcie osiągnąłem wszystkie cele i uzyskałem dobrą formę fizyczną, a w listopadzie 1979 roku obroniłem pracę doktorską. W marcu następnego roku samolotem dotarłem przez Algier do Oranu, a stamtąd autobusem do Tlemsen wraz z dwiema niemiłosiernie ciężkimi walizami. Zamieszkałem w eleganckim hotelu Les Zyanides - noszącym nazwę od dynastii kiedyś władającej lokalnym księstwem. Miasto tak bardzo mnie zachwyciło, że poświęciłem mu wiersz:

Tlemsen

Miasto pnące się w górę do stóp płaskowyżu,
Miasto sennych uliczek i gwarnego suku
Spoczywające w cieniu potężnych platanów,
Zraszane wodą swoich górskich kaskad
I kroplami muzyki słodkiej Andaluzji,
Odwiedzane przez świętych i wielkich uczonych,
Łaskawe dla żebraków i obcych przybyszów,
Miasto złotego szlaku karawan z południa,
Miasto morza i gór, stepu i pustyni,
Miasto Abdelkadera,
Miasto prastare.

Wkrótce otrzymałem mieszkanie w mokrym jaszcze bloku i rozpocząłem zajęcia w pracowni spektroskopii. Moim współpracownikiem był wtedy młody Francuz, Joel Durand. Na początku "podpierałem się" językiem angielskim, ale już po dwóch miesiącach mówiłem do studentów tylko po francusku.
W lecie przyjechałem do Polski po rodzinę. W połowie sierpnia wyruszyliśmy w piątkę do Afryki obładowanym do granic możliwości dużym fiatem 125p. Razem z nami jechali takim samym pojazdem Barbara i Irek Nabiałek z Warszawy z synami Pawłem i Wojtkiem, rówieśnikami naszych chłopców. Zaczynały się właśnie strajki w Stoczni Gdańskiej, ale do Olsztyna dochodziły bardzo skąpe wieści. Byliśmy przekonani, że były to przejściowe, nie mogące przynieść większych następstw niepokoje. Na dłużej zatrzymaliśmy się w Paryżu, a potem w hiszpańskim Alicante, gdzie na campingu na plaży czekaliśmy na prom do Oranu. Pierwsze kąpiele w życiu w ciepłym morzu były dla naszych synów wielkim przeżyciem.

W Tlemsen Bartek rozpoczął naukę w szkole francuskiej i bardzo szybko zaczął mówić po francusku z pięknym paryskim akcentem. Wojtek i Paweł chodzili do szkół arabskich, ale tylko na zajęcia prowadzone przez nauczycieli z Francji, których było w Algierii bardzo wielu. Co drugi piątek (dzień wolny od pracy) na zmianę woziliśmy dzieci na konsultacje do szkoły polskiej w Oranie. Program tej szkoły wszystkie polskie dzieci przerabiały z pomocą rodziców w domu. Był to dla nich duży wysiłek, ale bardzo się opłacił, gdyż teraz, jako dorośli, świetnie sobie radzą. Pracują najczęściej w dużych międzynarodowych firmach jako menedżerowie, często za granicą. Wszystkie dzieciaki z kilku polskich rodzin w Tlemsen uczyłem angielskiego.

 

Jan Dąbrowski  
w Paryżu z synem Wojtkiem

W październiku 1980 roku silne trzęsienie ziemi niemal całkowicie zniszczyły miasto El Asnam. Przejeżdżaliśmy przez nie w drodze do Algieru zaproszeni na imieniny przez Andrzeja Tyczkowskiego, chemika z Łodzi. Widok był straszny. Po wielkim bloku mieszkalnym pozostała tylko nośna konstrukcja, ściany, podłogi i sufity spadły na dół razem ze śpiącymi mieszkańcami. Większość domów została zgruchotana, a na drodze przejazdowej powstał wielki uskok. Miasto było odbudowywane przez kilka lat, także przez Polaków. Duży udział miał w tym Mundek Pruchniewski, absolwent ostródzkiego ogólniaka. Odtwarzał wraz z grupą budowlańców porwaną sieć sanitarną i wodociągową. Po powrocie do kraju został dyrektorem firmy Europol Gaz, która najpierw zbudowała i do tej pory ma pod nadzorem polski odcinek wielkiego rurociągu przesyłającego rosyjski gaz do Zachodniej Europy. Spektakularna kariera. Po ciężkim wypadku samochodowym, ponad rok temu, Mundek powrócił do pracy.

Mój szef Ben Youcef poprosił o przygotowanie listy aparatury, którą chciałbym zakupić do pracowni. Po jej nadejściu mieliśmy do dyspozycji trzynaście laserów, w tym bardzo drogi laser barwnikowy, oraz oprzyrządowanie pozwalające realizować różnego rodzaju projekty z optyki kwantowej. W międzyczasie ukazała się w Wielkiej Brytanii moja druga publikacja wraz z biogramem, a także dwa artykuły w języku francuskim. Zostałem mianowany na stanowisko Maitre des Conferences (odpowiednik docenta ). Moim drugim współpracownikiem po wyjeździe Joela został profesor z Bukaresztu, Juliu Verosanu. Czterdziestu czterech studentów przygotowało w naszym laboratorium prace dyplomowe na poziomie studiów czteroletnich, a kilku prace magisterskie z mikroskopii laserowej, technicznych zastosowań holografii, metrologii itd.
Mając samochód, mogliśmy zwiedzać ten ogromny kraj, którym jest Algieria. Często jeździliśmy do Taghit, najpiękniejszej chyba oazy na skraju wielkiego ergu zachodniego. Docieraliśmy do Gardaii i innych miast saharyjskich. Na północy odwiedzaliśmy ruiny miast z epoki imperium rzymskiego. Zachwycała nas Tipaza.

Piękno rzymskiej Tipazy

Oczu ich nie rozjaśni ścielący się u stóp góry szmaragd zatoki,
Nozdrzy nie nasyci słodka woń kwiatu pomarańczy,
Uszu nie ukoi szum morza...
Oni pragną lepkiej czerwieni i duszącego zapachu twojej krwi.
Musisz umrzeć gladiatorze.

Gdy po dwóch latach pobytu w Algierii rodzina wróciła do kraju - żona, aby kupić i urządzić nowe mieszkanie, tęskniący za olsztyńskim środowiskiem synowie, aby kontynuować naukę - zaczęły się dla mnie ciężkie czasy. Mimo, że w Tlemsen przebywało kilkanaście rodzin z kraju i spora grupa osób samotnych, to bardzo tęskniłem za rodziną, olsztyńskimi lasami i jeziorami i wszystkim, co polskie.

W czerwcu 1983 fundamentaliści strącili z cokołu postawiony przez Francuzów wielki posąg Matki Boskiej, na który spoglądałem codziennie z okien mojego mieszkania. Bardzo mnie to zabolało; zrozumiałem, kim naprawdę jestem. Od tego czasu stałem się człowiekiem głęboko wierzącym.
W wierze wspierał nas francuski nauczyciel i misjonarz Georges Carlioz, wraz z siostrami franciszkankami, a także często przyjeżdżający do Tlemsen biskup Oranu, Pierre Claverie. W roku 1996 zginął on w zamachu terrorystycznym wraz ze swoim kierowcą. W mieście i najbliższych okolicach aktywni byli fokolarowie, przeważnie pracujący w szkołach.

Pokrzepienia w wierze szukali wszyscy chrześcijanie przebywający na kontraktach w Oranie, Tlemsen i okolicznych miejscowościach. Do kościołów katolickich  przybywali Rumuni, Bułgarzy, Francuzi, Hiszpanie, Włosi, budujący zapory wodne Brazylijczycy, Amerykanie, Filipińczycy, Polacy, a nawet Japończycy. Te msze, śpiewy i modlitwy w różnych językach utworzyły z nas wspólnotę. Było nam łatwiej.

 

Jan Dąbrowski  
Jerozolima, Ściana Płaczu

Około roku 1985 zaczęły narastać w Algierii społeczne niepokoje. Od uzyskania niepodległości w roku 1962 do roku 1982 ludność tego kraju wzrosła z niecałych 7 do 20mln. Zabrakło miejsc pracy i mieszkań dla młodych. Przyczyn szukano nie w demografii, ale gdzie indziej. Islamscy fundamentaliści twierdzili, że obcokrajowcy przynoszą do ich kraju zepsucie, że zjadają dochody z eksportu gazu i ropy.

Jesienią 1985 roku jechałem nocą do Algieru jako pasażer w samochodzie inżyniera z Sopotu, Henryka Strychalskiego. Na pustkowiu wyprzedzał nas co chwila i zwalniał samochód z wyrostkami. Chcieli nas zatrzymać. Podczas przepychanki na drodze to oni musieli przejechać przydrożnym rowem i omal nie wpadli na drzewo. Wyprzedzili nas jednak i zniknęli z oczu. Okazało się, że czekali na nas w pobliskiej wsi. Na szczęście jechały za nami dwie ciężarówki. Wcisnęliśmy się pomiędzy jedną i drugą i przemknęliśmy się.

Powiedziałem sobie "dość tego, wracam do kraju". Algierczycy uważali w tamtych czasach technikę laserową niemal za coś strategicznego i przedłużyli mi kontrakt nie pytając o zgodę. Przed feriami zimowymi pozbyłem się co droższych rzeczy. Wyjechałem na urlop zimowy 1986r  i pozostałem w Polsce. Do Algierii wysłałem lekarskie zaświadczenie o pogorszeniu zdrowia.

W wojnie domowej w Algierii zginęło około 300 tysięcy cywilów. Spośród obcokrajowców największą daninę krwi złożyli przebywający na misjach księża oraz siostry i bracia z różnych zakonów. Nie muszę dodawać, że po wyjeździe specjalistów gospodarka kraju całkowicie się załamała. Bezrobocie w Algierze wynosi 60%. Zdążyliśmy jednak wykształcić dla tego kraju kadrę nauczycielską. Wielu naszych studentów zrobiło karierę za granicą, głównie we Francji.
Po powrocie do kraju stwierdziłem ze smutkiem, że na olsztyńskim WSP zlikwidowano kierunek fizyki. Nie było podobno kandydatów na te trudne studia. Jeszcze przez dwa lata nauczałem dydaktyki na Wychowaniu Technicznym i prowadziłem prace magisterskie z nauczania fizyki jako drugiego przedmiotu. Jedna z nich, napisana przez Gabrielę Woźniak, zajęła drugie miejsce na ogólnopolskim konkursie prac magisterskich z dydaktyki fizyki. Jednak byłem coraz bardziej sfrustrowany, brakowało pieniędzy na aparaturę i odczynniki chemiczne do robienia hologramów, na zakup najmniejszych drobiazgów. No i za dużo było fizyków jak na potrzeby uczelni.

Jan Dąbrowski  
Sycylia, amfiteatr w Syrakuzach

A w kraju czaił się do skoku kapitalizm. Postanowiłem zostać biznesmenem. Czego ja nie robiłem - zakładałem firmę Prosper, która zbudowała później w Łukcie najnowocześniejszą w Polsce ubojnię drobiu i którą pociągnęła do przodu Ewa Niesiobędzka i jej zespół. Na targach World Food w Moskwie występowałem jako przedstawiciel firmy Natureform z Florydy. Mieszkając w hotelu Sputnik poznałem hochsztaplerów z całego świata, najwięcej z USA. Ich cała siła tkwiła w treści mających budzić respekt wizytówek, słabość (chociaż u Rosjan niekoniecznie) zdradzały purpurowe twarze i trzęsące się z przepicia dłonie. Oblegały ich prostytutki. Po zakończeniu targów podjął nas na Kremlu mer Moskwy. Były występy kabaretów, dużo alkoholu i gra pozorów - wszyscy chcieli się dorwać do rosyjskiej ropy, gazu, złota i diamentów. Nielicznym, najbardziej przebiegłym i bezwzględnym, to się udało.

W handlu zbankrutowałem. Dużo lepsza w biznesie była moja żona.
Wróciłem do nauczania -najpierw angielskiego w klasach policealnych w Centrum Kształcenia Ustawicznego w Ostródzie. Spotkałem tam owego nauczyciela fizyki, już dyrektora szkoły, który wykorzystał ostródzki laser oraz moje wskazówki do przygotowania pracy magisterskiej. To spotkanie było jeszcze większym nieszczęściem niż bankructwo. Facet wypłacał sobie dziesięć razy więcej pieniędzy za egzaminy eksternistyczne niż mnie, egzaminatorowi, mimo że na tych egzaminach go nie było. Wyższe stawki niż pozostali nauczyciele dostawały jeszcze dwie osoby z jego świty, a także dwaj oszuści z Olsztyna. Reszta nauczycieli na nich pracowała. Te ukradzione z wpłat na egzaminy pieniądze powinny były trafić do Ostródzkiego Starostwa na konto ostródzkich szkół. Uzbierałoby się ponad milion złotych. Jakby było mało poniżania mnie, wykorzystał moje imię i nazwisko do spreparowania protokołów z egzaminów z fizyki, w których nigdy nie brałem udziału. Zrobił to za plecami, w sposób zdradziecki. Wspaniale podziękował mi za pomoc w czasie studiów. Ale to wszystko jest niczym w porównaniu do kwot utopionych przy budowie nowego CKU. Można było za nie postawić dwa piękne kompleksy szkolne, a co powstało? -niewielki hotel i jakieś ruiny.

Uczyłem też angielskiego oficerów jednostek wojskowych w Ostródzie i w Morągu. Wielu z nich wyjechało na misję pokojową do Libanu, jak Zbyszek Łojewski, inni trafiali na misję stabilizacyjną w Iraku. Praca z żołnierzami sprawiała mi radość. Chcieli się uczyć. Od pewnego czasu publikowałem artykuły w prasie regionalnej o islamie i krajach arabskich. Pod koniec roku 2000 ukazała się moja książka o Algierii, "Szeherezada". Zbyszek Połoniewicz i Krystyna Maciejewska namówili mnie do współpracy z ich gazetą "Głos Ostródy". Zbieraliśmy wspomnienia do szpalty "Zaczęło się w roku 1945...". Zainspirowały mnie one do napisania powieści o Ostródzie "Miejsce na ziemi" (2005r). W czasopismach i w zbiorowym tomiku "Zaułki natchnione poezją" pojawiły się także wiersze moje autorstwa.

Przez kilka lat współpracowałem z dwutygodnikiem katolickim "Posłaniec Warmiński" umieszczając w nim reportaże z kresów i z krajów muzułmańskich, a także z Izraela, wzbogacone o rozważania na temat religii monoteistycznych. Należę do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a czy jestem pisarzem? Nie wiem. Być może brakuje mi prawdziwej  wirtuozerii słowa. Jedno jest pewne, nigdy nie zacząłbym pisać " na poważnie", gdyby nie przemiana duchowa, której doznałem w krajach arabskich. A pojechałem tam za przyczyną ostródzkiego lasera.

 

do góry ^

 

2010 © Jan Dąbrowski
Wszelkie prawa do prezentowanych treści zastrzeżone.